środa, 17 czerwca 2009

Jeść...

Świat nie ma wartości odżywczych. Puste kalorie zagłuszaczy nie nasycają. Napychamy sobie żołądki, a i tak umieramy z głodu. Przy odrobinie szczęścia padniemy nieświadomi przyczyny. Klawo.

Można by jeszcze spróbować zjeść człowieka. To ma jakiś tam potencjał (zaczynam poważnie rozważać przyłączenie się do któregoś z kościołów chrześcijańskich).
Nie wiem tylko, czy się da. Można krążyć wokół. Miesiącami. Latami nawet, jeśli danie pachnie kusząco. I ślinić się. Bezustannie konsumować w wyobraźni, ekscytując się perspektywą uczty. Można nawet pokochać swój posiłek. Wyidealizować go, odczłowieczyć (albo uczłowieczyć właśnie). Pokochać kobietę/mężczyznę nie jako kobietę/mężczyznę, ale jako istotę, która da nam życie. Przedłuży je przynajmniej. Czy można chcieć większego daru?

Trzeba jednak nie lada odwagi, żeby zasiąść do stołu. Rzucisz się po pierwszy kęs i najpewniej twarz rozpłaszczy ci się na szybie sklepowej wystawy. Albo jeszcze gorzej – szynka okaże się napompowana wodą, a winogrona plastikowe. I wtedy już nie ma nic.

Zabić i zjeść. Albo pochłonąć na żywo. Kochając do granic możliwości. Jak siebie.
Jak nie zadziała, zostaje tylko trawić samego siebie. Powinno być satysfakcjonująco.

--------------------------------------------
P.s. tak mi się skojarzyło - historia o takim, co zjadł współczucie i wstyd i się najadł:

Spojrzenie jego padło na przedziurawioną czterdziestówkę, która w tej chwili jaśniała jak słońce. Stanął obok stołu, patrzył na monetę i myślał:
— Gdybym kupił ze dwa funty chleba, a za resztę choćby kiszki i salcesonu, miałbym prawie tyle, ile potrzeba, białka, węglowodanów i tłuszczu... Przy tym gorąca herbata... W nocy dokończyłbym przepisywania... później do prosektorium i do kliniki... Tak, za czterdzieści groszy można kapitalnie utrzymać równowagę organiczną...
Nagle błysnęły mu oczy i rumieniec uderzył na twarz. W całej postawie było widać determinację.
— Ja poprawię spodnie temu, temu za... smarkaczowi!...— wykrzyknął. — A jutro zwrócę im czterdzieści... kopiejek i powiem: nie miałem ani grosza, więc skróciłem portki i wziąłem czterdziestówkę. A dziś macie ją z procentem. Nie będę się przecież wyczerpywał, bo jeszcze się przydam.
[...]
Szył i myślał:
— Dwa funty chleba... salceson i kiszka podgardlana... Akurat będzie ze sto dwadzieścia gramów białka, ze sześćdziesiąt gramów tłuszczu i ze czterysta wodanów węgla. A jutro oddaję czterdzieści kopiejek i idę do Wróbla na obiad z kawą i z piwem... Kufel piwa, nie... dwa kufle!... To mi się przecież należy...
[...]
Skończył szyć, obejrzał swoje dzieło i znalazł je pięknym. Ale choć żołądek wielkim głosem upominał się o białko, tłuszcz i węglowodany, leżąca na stole dziurawa czterdziestówka wydała mu się jakoś ciemniejszą i nawet brudniejszą.
Powiesił odnowione spodnie na drzwiach, zapalił papierosa i zaczął chodzić po mieszkaniu.
— Czterdziestówkę — myślał — zarobiłem, jak amen w pacierzu... Wziąć ją, czy nie brać?... Wczoraj także kiepsko jadłem, na jutro do wieczora nie mam nic... Organizm wypala się... suchoty... Ale jutro wszyscy krzykną, żem świnia... Każdy wreszcie coś dał temu chłopcu: Niezapominajka spodnie, Śledź marynarkę, a o minie powiedzą, żem chytry i że wyzyskuję takiego biedaka...

B. Prus, Pojednani [fragment]
Prześlij komentarz

Obserwatorzy

UA-4213500-1