czwartek, 29 października 2009

Terminator na bezsenność

Odkryłam właśnie, że przy kolejnej z rzędu nieprzespanej nocy najciekawszą rozrywką okazuje się być czekanie na dzień. Programiści z Xeric Design też chyba musieli być tego zdania, bo podarowali światu EarthDesk, czyli "award-winning dynamic desktop application", który zastępując klasyczną tapetę na pulpicie, pozwala obserwować aktualizowaną co kilka minut granicę między dniem a nocą. Słowo, że to najlepsza addicting game, jaką widziałam!

EarthDesk od Xeric Design

EarthDesk jest fajny, ładny, kolorowy, pozwala podczepiać kamerkę w różnych punktach Ziemi (czy nie-Ziemi) i potrafi też podnieść adrenalinę, bo aktualizując obraz, uwzględnia także chmury, co oznacza, że siedząc w domowym zaciszu, mamy szansę zostać naocznymi świadkami rodzącej się trąby powietrznej czy tajfunu.
Ma jednak podstawową wadę - jest płatny. A jako że ani nie zamierzam dopłacać do swojej bezsenności, ani nie uśmiecha mi się przegapić początków apokalipsy przez utrudniające widoczność napisy przypominające, że to tylko demo, włożyłam wysiłek w poszukanie wersji dla skąpych.

OSXplanet od Gabriela Otte

Szybko mi wyszło, że moja nowa zabawka bazuje na używanym do renderowania obrazów układu słonecznego programie Xplanet, stając się tym samym ekskluzywnym bratem bliźniakiem darmowego, w pełni pospólstwu oddanego OSXplanet (download na stronie projektu nie działa, proponuję pobierać z -> tego miejsca). Przyznaję, że graficznie bardziej do gustu mi przypadł EarthDesk, niemniej dodatek w postaci planet okolicznych rekompensuje stratę.
Żeby jednak nie było za różowo - OSXplanet także ma wadę. Niestety nie ruszy ani na Linuksie, ani na Windowsie. Sorry Winnetou.

poniedziałek, 26 października 2009

Point'n'Click adventure w stylu czeskiego surrealizmu, czyli alternatywa dla pasjansa i sapera w godzinach pracy

Miniony weekend spędziłam analizując szczegółowo czwórkową pracę dyplomową jednego z absolwentów praskiej Akademii Sztuk Pięknych. Profesorowie nie byli zachwyceni, ja wręcz przeciwnie. Nie ja jedna rzecz jasna. Kuba Dvorsky doczekał się wszak fanów, uczniów i naśladowców.

Samorost by Amanita Design

Pierwsza część flashowej gry Samorost powstała w 2003 roku. Nieustraszonemu czeskiemu krasnoludkowi przyszło zmierzyć się z prywatną wersją połączenia Armageddonu z Dniem Niepodległości i stać się na moment krzyżówką Bruce'a Willisa i Małego Księcia. Dwa lata później obcy wrócili. Na kroca (szabry/pachtę, czy jakkolwiek w Waszych stronach mówi się na nieautoryzowane wycieczki po owoce z sadu sąsiada) i zadarli z psem pilnującym, skazując nas na kilkulevelową misję ratunkową.
Fabuła nie ma jednak większego znaczenia. W ogóle niewiele ma znaczenie w tej grze. Nie ma tu dialogów, nie ma inventory. Jedyne, co dostajemy, to rozwiązywalna wyrafinowaną, a powalającą metodą wskazywania i klikania zagadka w surrealistycznej scenografii łączącej kreskówkę ze zdjęciami realowej przyrody naszych przyjaciół z dołu mapy. Czarująca absurdalność rozwiązań zdaje się, nawiasem mówiąc, wypływać wprost z halucynogennego grzybka w logo Amanita Design.



Prostota jak zawsze ujmuje. Ujęła i Słowaka Tomka ze Springtail Studio, który - przyznając się publicznie do posiadania dwu najważniejszych składników, czyli fascynacji Samorostem i ogromnej ilości zdjęć przyrody - postanowił w 2006 roku wyprodukować coś samodzielnie. Inaczej mówiąc, podjął się uraczenia świata kopią gry Kuby. Rezultat, nazwany na cześć kolejnej wywołującej zwidy i omamy rośliny - Haluz, w opinii niektórych (vide Ayumi) przerósł oryginał.
Konwencja i zasady dokładnie te same. Scenografia podobnie bawiąca, fabuła równie marginalna. W pierwszej części narażamy życie w niebezpiecznej misji ratunkowej talerza anteny telewizyjnej, w drugiej pomagamy (zdaje się) istocie żywej, a przynajmniej zdolnej wysłać nam ptasią pocztą liścik z prośbą o interwencję. Bez znaczenia (co ma ciekawe implikacje etyczne, ale mniejsza o nie).

Alchemia by Springtail Studio

Sukces zmotywował Tomka do dalszego działania. Założył z kumplem firmę i w tym roku uraczyli nas kolejną gierką, świadczącą o zbyt intensywnym zjadaniu narkotyków. Koncept Alchemii zasadza się na postaci alchemika, rzecz jasna, który znalazł metodę na powoływanie do istnienia dusz. Upycha je w mechaniczne ciała robotów i wysyła w świat. Ubaw po pachy.
Z tego, co wyczytałam na blogu chłopaków, planują na rozszerzonej wersji Alchemii zarobić nieco kasy. Okazało się jednak, że muszą najpierw wprowadzić pewną poprawkę - target nie zaakceptował eksperymentalnie dodanych do gry dialogów...
-> Alchemia
The Blue Beanie by Daphne Lim

Kolejnym klonem Samorosta jest stworzona w 2008 roku przez Daphne Lim historia niebieskiej czapeczki porwanej przez zakochaną srokę. Pewien rodzaj niepokoju budzi we mnie główny bohater gry (broń boże nie tytułowy). Wygląda jak mały bałwanek, ale mieszka w dziupli w drzewie tuż obok równie, co on, obłych robali. Przeszłam całość, ale świadomość, że istnieje cień prawdopodobieństwa, że właśnie wcielam się w postać larwy, jakoś zostawiła coś na kształt lekkiego niesmaku.
-> The Blue Beanie
Machinarium by Amanita Design

Podczas gdy epigoni taplają się nadal w widokówkowych sceneriach pni, konarów i kamyków, pomysłodawca Kuba porzucił wstępny plan powrotu z trzecią częścią Samorostu. Wyszło mu to na zdrowie, bo za tegoroczne dziecię swoje - Machinarium - zgarnął nagrodę na Independent Games Festival. Wyróżniono go w kategorii Excellence In Visual Art i trudno się nie zgodzić. Demo dostępne za darmo, więc polecam. Jako że mam masę pracy, zapewne skuszę się na pełną wersję. Dam znać, czy fajne.

sobota, 24 października 2009

Polska Republika na licencji CC?

Smutne jesienne wieczory zdają się nastrajać niektórych sentymentalnie i chociaż nie mogę powiedzieć, żeby połączenie w jednym zdaniu słów "nuda" i "Polska Republika" budziły mój zachwyt, to pomysł Maxa na zaradzenie temu pierwszemu drugim, owszem. Rozczula.

Zdjęcie pożyczone z galerii Maxa

"I tak sobie myślę, iż chociaż na OpenSim'ie Republika mogłaby egzystować." - napisał mi Max, a ja sobie pomyślałam w odpowiedzi "właściwie to czemu nie, nawet miło, że mu się chce". Nie jestem pewna, jaki jest zamysł, ale wygląda mi to na coś na kształt muzeum/ nekropolii/ pomnika. Zobaczymy (o ile rekonstruktora zapał nie opuści).
Z tego, co widziałam na zdjęciach, alejki już ułożone, a pałac w budowie. Mam tylko nadzieję, że na tamtejszym tronie zasiądzie nie kto inny, jak sam budowniczy.

Więcej na blogu Maxa.

niedziela, 11 października 2009

Shakin' Dudi na Rawa Blues (wczoraj była)


Komentarz do tegorocznej Rawy na końcu filmiku.

sobota, 10 października 2009

Facebookowe zabawy


Poklikanie w misje Facebookowych gierek przy porannej kawie nie kosztuje wiele, wiec klikam, pnac się po szczeblach mafijnej kariery. W Nowym Yorku brakuje mi jeszcze tylko dwóch tytułów do szczytu szczytów. Wyszlam z 'Untraceable Cell Phone' kryzysu z pomocą Morri i Ando. Na Kubie miałam lekkie problemy finansowe, ale już przejelam wszystkie nielegalne biznesy, wiec powinno pojsc z górki. W Moskwie dopiero zaczynam szerzyc terror, jeszcze siedzę w rozdziale trzecim czesci pierwszej historii.

W Piratach idzie mi znacznie lepiej, moja grabiaca statki wrogów malpka jest już chyba na osiemnastym poziomie. Do Vampire Wars nigdy serca nie miałam, pewnie przez to, ze pasek postępu nie zmienia koloru. Mała urocza farma nigdy mnie do siebie nie przekonała, mimo intensywnego spamowania w wykonaniu Allstar nie zaoralam ani jednej grzadki. Cafe World wisi sobie bez mojego udziału. Nigdy tam nie byłam, chociaż dostaje powiadomienia o klientach. Podobno dziś Morri zostawiła mi napiwek (dzięki).

Trochę sie wkurzalam, gdy zaczelam dostawac zaproszenia do YoVille. Pewnie przez te awatarki z dużymi glowkami i ufnymi oczetami. Takie zawsze działają mi na nerwy. Ale zapycham w ciasteczkowej fabryce, bo i tak to lepsze niż wymienianie się drinkami czy poduszkowymi ciosami.

Do tego testy na ukryte dewiacje seksualne czy dresiarska ksywke na wypadek, gdyby ktoś nie miał a chciał, rybki, lizaki i ciasteczka z wrozbami.

Niebawem poranna kawa będzie mi trwała do obiadu, nawet jeśli tylko ograniczyć się do kasowania zaproszen.
A jednak tam siedzę i siedzenie to całkiem lubię.
Facebook jest narzędziem idealnym. Cieszysz się tam spokojnie i bez zawirowan upajajacym poczuciem uczestniczenia w życiu towarzyskim bez potrzeby wchodzenia w bezposrednia interakcje z totalnie nikim.
Raj.
. . . .......……

Chcialoby sie niby czasem zajrzec do Second Life, zerknac na awatara, rzucic okiem na nawe miejsca, nowe znajomych pomysły. Prawdę mowiac, nieustannie nosze sie z tym zamiarem.
I nic. Nie ma jakoś moja wola mocy sprawczej. Trochę się nad tym pochylilam, czekając dzis rano na zielone światło na ul. Lipowej i wyszło mi, ze wszystkiemu winne wlasnie te regularnie otrzymywane "[dowolnie wybrany zaprzyjaźnionych kumpel z SL] gave you an Energy Pack in Mafia Wars. Click here and claim your Energy Bonus!"

Jeśli odciąć od Second Life jego, rozgloszony kiedyś za pomocą pociesznej plotki, potencjał do zrewolucjonizowania swiata, nie zostaje wiele ponad zwykła platformę towarzyska. A jak na taka, to za dużo z nią zamieszania. Pogadać wygodniej na Skype, a fatycznie poklepac się po pleckach można na wiele latwiejszych sposobów.
Jak Ando przesle mi prezent w Mafia Wars, to wiem, ze się lubimy (nie szkodzi, ze wysyła dla zdobycia kolejnej plakietki z achievemetow - nigdy nie twierdzilam, ze lubienie ma być bezinteresowne). Jeśli Ayumi skomentuje moje zdjęcie, wiem, ze żyje i czsem myśli o mnie. Gdy Morri opublikuje wyniki psychotestu sprawdzajacego, która dzielnica Szczecina pasuje najlepiej do jej charakteru, czytam i zapewniam sobie wrażenie, ze jestem zainteresowana jej osoba. Siadam w kawiarni, klikam w "F" i oglądam najnowsze zdjęcia kumpla z liceum. Nie rozmawiamy od lat, ale codziennie jesteśmy częścią swojego zycia (genialnie wypadają dzięki temu przypadkowe spotkania na ulicy). Czy to nie cudownie blogie? Naprawdę trzeba czegoś wiecej?

(przepraszam, ze tak nieestetycznie, pózniej poprawie)
Calusy

piątek, 9 października 2009

Ładne nawet i rozczulające lekko

poniedziałek, 5 października 2009

Don’t Save. File. New.

W moim hotelu na drugim piętrze dywan w korytarzu jest zielony z regularnym wzorem kwiatowym. Kwiaty są żółte. Dziś ktoś ustawił buty na dwudziestym szóstym rządku kwiatków. Nie takie zwykłe buty, ale z tych, których używa się do chodzenia po górach. Wyjrzałam przez okno. Faktycznie Tatry. Ucieszyłam się na myśl o tym, że pewnie niebawem będziemy przejeżdżać koło mojego domu. Wpadnę odwiedzić mamę.
 
Template by suckmylolly.com suckmylolly.com updated and painted by Uzi