czwartek, 7 stycznia 2010

Porządki - wywal śmieci ze swojego Maca

Nadszedł czas poświątecznych wyprzedaży (czy jak to w moich stronach bywa - wysprzedaży), zatem najwyższa pora zrobić miejsce na nowe dobra materialne. Każdy odbiera to po swojemu, tak też zrobiłam i ja. Prawdą jest nieskrywaną, że od supermarketów wolę strony z appsami. Tyle, że na nie również potrzeba miejsca. Postanowiłam o nie zadbać, co nie dziwi, jeśli ujawnić, że nawet po skasowaniu wszystkich filmów zostało mi na dysku zaledwie 9 GB. Na szczęście w niedoli swojej nie zostałam sama, przyszła mi z pomocą podrzucona przez Morri strona z darmowymi aplikacjami FreeMacWare.
Piszę o tym ze względu na oszałamiające rezultaty. Samo pierwsze, niezbyt dogłębne pozbycie się zbytecznych drobiazgów oddało mi aż 20 GB. Jasne, że utraciłam je w pierwszej kolejności tylko ze względu na swoje roztrzepanie i niefrasobliwość, ale pewnie nie ja jedna noszę z dumą te zalety, więc jest szansa, że moje pisanie komuś się przyda.


Na dzień dobry naprawiłam błąd popełniony przy instalacji systemu. Być może ufałam wtedy w plan zostania poliglotką, ale teraz zdecydowanie uciszyłam ambicje, odzyskując ponad 2 GB. Drobna aplikacja o nazwie iCleanLanguage pozwala zaradzić pladze obfitości i pozbyć się z dysku nierozumianych języków. Zdecydowanie ciężko odczuć brak.


Kolejnym krokiem było sumienne przejrzenie aplikacji i ostateczne pożegnanie się z tym, których z różnych tajemniczych powodów używać sobie obiecałam, a jakoś nigdy tego nie zrobiłam, tudzież zrobiłam, ale traktując je jak prawdziwe arcydzieła - tylko raz i niepowtarzalnie. Rzecz jednak w tym, żeby pozbyć się skutecznie i na dobre. Zawsze podejrzewałam, że odinstalowywanie przez przeciąganie ikonki do kosza jest zbyt piękne na nasz niedoskonały świat. I faktycznie. Appsy zostawiają śmieci w różnych zakątkach Library czy w innych pokrętnych miejscach. Ja śmieci nie lubię, więc zamiast do kosza przeciągam ikonki mordowanych aplikacji do AppCleanera, który sprawnie wylicza, co jeszcze nam delikwent wniósł w posagu i zostawić na pamiątkę zamierza. Oczywiście trzeba być tu ostrożnym, zwłaszcza w przypadku aplikacji mocno integrujących się z systemem (żeby pewnego dnia nie skończyć jak Margaryna - z zupełnie rozwalonym dostępem do Internetu). Niemniej większość appsów nie jest poważnie wnikająca i ingerująca (choć z lekka śmiecąca, a i owszem).


Prawdziwych cudów doświadczyłam jednak dopiero dzięki uprzejmości Disk Inventory X. Zachwycił mnie - taki prosty, a taki piękny! Całość polega na tym, że dostajemy graficznie rozrysowaną zajętą część naszego dysku. Poszczególne klikalne i szczegółowo opisane prostokąciki, pokolorowane zgodnie z rodzajem plików, do jakich zostały przypisane, są najprostszą, bo wizualną, drogą do zorientowania się, co tak naprawdę zalega nam na żołądku. Wierzcie mi, że mimo moich systematycznych porządków ręcznych wielce byłam zaskoczona, widząc, jakie giganty nadal siedzą w nieużywanym zazwyczaj Drop Boxie albo ile skopiowanej już dawno do iTunesa muzyki ciągle trzymam w podfolderach folderów.
Naprawdę banalne a użyteczne narządzie.



Mi tyle wystarczyło, żeby nie musieć iść do sklepu po nowy dysk.
Miłego sprzątania.
Prześlij komentarz

Obserwatorzy

UA-4213500-1