poniedziałek, 18 stycznia 2010

Wirtualny świat w wirtualnym świecie - "Chronic City" Jonathana Lethema i "Virually dead" Petera Maya

Wygląda na to, że ogłaszane coraz chętniej plateau w rozwoju Second Life ma faktycznie szansę być czymś więcej niż efektem zabiegów zdesperowanego M Lindena i istotnie, jak sugeruje Tateru Nino, czas zacząć dumać nad tym, jak, a nie czy w ogóle, wirtualne przestrzenie będą obecne w życiu ludzi.

O tym, że VR udaje się powoli wrastać w dorobek kultury w ten stabilny i trwały sposób, w jakim tkwią w nim inne wydarzenia i wytwory składające się na tę uroczą wieżę Babel, zwaną cywilizacją, przekonałam się na własne niewyspane oczy dziś nad ranem podczas spotkania z gościem Miedzianego Robota, nowojorskim pisarzem Jonathanem Lethem.


copperrobot
Jonathan Lethem jako bohater swojej książki - Perkus Tooth

Akcja najnowszej powieść Jonathana - Chronic City - rozgrywa się w alternatywnej wersji teraźniejszości/ niedalekiej przyszłości, w świecie, w którym budynek World Trade Center nigdy nie został zburzony, a śmierć Marlona Brando stanie się faktem dopiero po jej ustaleniu w wątku dyskusyjnym na Wikipedii.  W tej stworzonej w głowie pisarza wirtualnej przestrzeni pojawia się wirtualna przestrzeń w wersji elektronicznej. Nie nazywa się Second Life. Nazywa się Yet Another World (finezyjniej, jak na mój gust). Niemniej całkiem wyraźnie przypomina SL-ową bajkę:

chronic city
Yet Another World w Chronic City, fragment powieści

To, co naprawdę interesujące, to drobiazg, malutki szczegół - Jonathan Lethem nigdy wcześniej nie zagościł in-world.
Prawdę mówiąc, z lekka mnie to przeraziło. Zaczęłam się obawiać, że wszystko, co zobaczę, będzie jedynie kalką irytująco nudnych wypocin obsesyjnie biegających w poszukiwaniu nagiego penisa maniaków, zwanych potocznie dziennikarzami. Albo bardziej cenzuralną, choć niekoniecznie lepszą wersją w stylu rozwijających naukę - "Tak, zbadałam/-em Second Life. Wszystko już wiem. To taki świat, w którym można latać".
Lethem jednak zaskoczył. Bynajmniej nie wiernością i trafnością opisu. Powalił mnie podejściem. "Po co miałem wchodzić do Second Life? Przecież jestem pisarzem. Moja praca polega na udawaniu, że wiem to, czego nie wiem. Przeczytałem kilka blogów. Wystarczyło." Całym piskelowym sobą wyrażał jedną myśl - dlaczego w ogóle o to zahaczacie, przecież to nieistotne.
Zafrasowałam się na chwilę i pojęłam.
Załóżmy, że pchana słabością jakąś swoją wywołaną gorączką lub niestrawnością postanawiam napisać książkę. Z racji, że nie lubię, jak jest zimno, najpewniej umieściłabym akcję w którejś z przyjemniejszych niż zaoknowa scenerii, dajmy na to w Ameryce Południowej. Czy ktokolwiek miałby mi za złe, że przed klapnięciem do pisania nie poleciałam tam i nie spędziłam miesięcy na spoufalaniu się z autochtonami, zgłębiając istotę ich kultury? Jeśli by miał, odpowiedziałabym dokładnie to samo, co Jonathan - to bez znaczenia, nie piszę przecież przewodnika turystycznego, przeczytałam kilka blogów i wystarczy.
A potem moja powieść stałaby się międzynarodowym bestsellerem i jeździłabym od stolicy do stolicy z prelekcjami na temat zawiłości charakteru głównego bohatera. I trafiłabym w końcu do Ameryki Południowej. I siedząc na spotkaniu autorskim w Biblioteca Nacional del Perú w Limie, podskakiwałabym mentalnie rozradowana, że mam okazję być w miejscu, w którym moja literacka postać w akapicie piątym rozdziału trzeciego wypożyczała egzemplarz Ksiąg narodu i pielgrzymstwa polskiego (tak strzelam, bo zakładam, że polscy imigranci zadbali o to, żeby akurat to cudo tam było). I nic a nic by mnie nie obchodziło, że kazałam swojemu bohaterowi podejść po książkę do kontuaru po lewej od wejścia, mimo że "wszyscy przecież wiedzą - jak krzyczeliby rozeźleni peruwiańscy krytycy literaccy - że w Biblioteca Nacional del Perú w Limie książki wypożycza się przy kontuarze po prawej!!!" To bez znaczenia. Nie to było ważne.

Lekkość z jaką Jonathan Lethem akceptował swoją nieznajomość SL sugerowałaby, że w końcu doczekaliśmy się chwili, w której VR stała się zwykłą częścią rzeczywistości, przedmiotem, scenerią, a nie ciekawostką samą w sobie. I chwała Lindenowi. Jeśli wreszcie zaczniemy wbijać gwoździe bez gapienia się na młotek, to może nawet uda się coś zbudować. Bo nie ma co ukrywać, obserwowanie walenia się po palcach już chyba wszystkich znudziło.



Dla równowagi wspomnę jeszcze o najnowszej powieści Petera Maya - Virtually dead. Dla równowagi, ponieważ jest ona wynikiem bardzo wnikliwej penetracji Second Life. Używając avatara o imieniu Flick Faulds, autor przez ponad rok prowadził in-world agencję detektywistyczną, gromadząc materiały do kryminalnej historii opowiadającej o losach mężczyzny fotografującego w RL dla policji miejsca zbrodni, a odkrywającego zawiązek między tym, co przydarza się ofiarom z tym, co dzieje się z ich awatarami.
Nie czytałam, ale dostępny online fragment audiobooka (do przesłuchania TUTAJ) zapewnia o solidnym podejściu do sprawy. Chociaż przyglądając się metodom pracy autora, chociażby przy serii China Thrillers, można było o solidność być spokojnym.



---------------------------


P.s. Sprawdziłam z ciekawości. Miałam rację, Księgi narodu i pielgrzymstwa polskiego są dostępne w Biblioteca Nacional del Perú :)
Prześlij komentarz

Formularz kontaktowy

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *