środa, 16 lipca 2008

Odwrócone dzieło stworzenia

PO:
Oszołomieni tą pustką, która nas momentalnie otoczyła, tudzież pijani potencjałem, jaki posiada w sobie SIM z zerem zrezowanych primów, ustawilimy pałacyk i daliśmy się ponieść chwili. Bardzo przyjemna chwila, jakich już niewiele w SL (jak zauważył dziadek Ogotay, gładząc ręką siwą brodę i wpatrując się w swoje noobowe zdjęcie, które wygrzebała z inventory babcia Morrigan).

Tańce i rozmowy o życiu trwały do rana. Śpiew ptaków za RL oknem zaciągnął mnie do łóżka. Po przebudzeniu czekała na mnie niespodzianka. Jakiś dobry duszek dokończyl dzieła zniszczenia. Po wyspie nie zostało ani śladu. Tożci finezja!
Wisząc tak bez skryptów i bez ruchu nad błękitem wody, zajadając popcorn i popijając piwem, każda z nas (a była ze mna Ayu i Morri), coś musiała sobie tam myśleć. Nie wnikając specjalnie (z grzeczności oczywiście) w zakamarki duszy moich towarzyszek, zaprezentuję efekty.
Morri uraczyła nas stacją metra, więc gdy tylko skrypty znów zaczęły działać, naszą rozmowę zagłuszył dzwięk nadjeżdżającego pociągu. Ayu poczekała, aż Morr się pobawi i otworzyła swoją własną manufakturę. TAHITI Deck Chair... nazwala swoje dzieło po chwili namysłu. Zapewne będzie dostępne w jej sklepie :))

Ja natomiast spełniłam swoje największe SL marzenie. Mieć wyspę, na której nie ma niczego poza mna i piaskiem. Cały SIM, na którym nie ma ani jednego prima! :)

Cudowny początek, aż nie moge się doczekać ciągu dalszego :)

------------------------
[dopisane dzień później:]
Nie dawał mi spokoju ten obrazek powyżej. Coś mi przypominał. Właśnie odkryłam, co. Cytuję:
"(...) szedł juz brzegiem błękitnej zatoki pod ogromną kulą słońca. Słońce wisiało nad głową tak nisko, że wydawało się, iż dosięgnie je mocno ciśnięty kamień. Przesłaniało dwie trzecie nieba. Pod głęboką krzywizną słońca zdawała się uginać powierzchnia wody, miekkie fale przesuwały się po wklęsłej soczewce zatoki. Że Zamoyski w ogóle dostrzegał tę krzywiznę... Powinien był paść z wypalonymi źrenicami. Powinien zostać spalony na popiół i plazmę.
(...) Powietrze tymczasem było wilgotne, ledwo ciepłe, od wody płynęła chłodna bryza. Stało to w tak rażącej sprzeczności z tym, co widział - gorejąca gwiazda na wyciągniecie ręki - że aż musiał przymknąc oczy.
I teraz winien dotrzeć do niego także zapach: morza, potu i roślinnej zgnilizny. Ale nic. Oszczędzono mu zatem ułudy symulacji komplementarnych.
(...) Szła ku niemu od szeregu altan plażowych. Jedną ręką odgarniała spłowiałe włosy, drugą wyciągała na powitanie. Była tak mocno opalona - do głębokiej czerni, sprażonych ziaren kawy - że dopiero uścisnąwszy jej dłoń, zdał sobie sprawę. iż kobieta jest zupełnie naga. Wszelako ta jej stuprocentowa opalenizna, brak włosów łonowych oraz zwierzęca swoboda ruchów - wszystko to odsuwało ją daleko poza kontekst erotyczny; nie była naga.
- Słowiński - przedstawiła się." 
fragment rozdziału 6. - "Plateau"
Prześlij komentarz

Obserwatorzy

UA-4213500-1