poniedziałek, 24 sierpnia 2009

Tożsamość przestrzenna

Poszukuję od jakiegoś czasu miasta. Bez metody żadnej specjalnej i bez slow kluczowych. O to tylko idzie, żeby drogą objawienia rozpoznać w sobie nagle intuicyjne przekonanie, że tak, owszem - to jest klawe miejsce. I chcieć w nim zostać na chwilę.
Tymczasem klątwa jakaś najpewniej sprawiła, że nic mi nie pasuje i nic nie odpowiada. Kraków zbyt pozerski, Wrocław za mało gościnny, Warszawa za brzydka, Lublin za nudny, Poznań za oficjalny itd. Nie sądziłam, że kiedykolwiek to powiem, ale nawet pewnik mój na emeryturę i czarny koń wszelkich planów - madziarska stolica - też mi lekko zbrzydła.
Jeśli tendencja się utrzyma, to jak w domu będę czuła się tylko w domu, co w moim przypadku zwiastować może jedynie ciężką chorobę tudzież śmierć. Skończę jak taki jeden, części z Was znany, co żyjąc w kraju, w którym są tylko dwa miasta, nigdy nie był w tym drugim.
A miejsce swoje mieć przecież trzeba i tożsamość jakąś geograficzną. Choćby tak schizofreniczną jak szanownej ulubionej mojej pół-Hanyski, której druga jej, góralska połówka każe pluć i wzdrygać się na dźwięk słowa "Śląsk".

Na drodze kompromisu i w celu zwiększenia swoich szans postanowiłam (paradoksalnie) mierzyć w mniejszy obszar. Odpuszcze całemu miastu, zawężam ambicje do jednej ulicy. Ba! Do pojedynczego stolika w jednej kawiarni. Szukam stolika idealnego. Takiego, przy którym można przesiedzieć pól dnia (bez osób towarzyszących), a potem wrócić następnego poranka i siedziec dalej, a stolika nie zauważać. Bo stolik idealny jest przeźroczysty. Nie zatrzymuje wzroku, nie drażni, nie intryguje. Stymuluje. Stolik idealny jest cichą muza.

Pierwotnie miał to być lepiacy sie jednoosobowy stolik w zadymionej bluesowej knajpie. Tyle że z tego, co dowiedziałam sie od Linki, przy takim stoliku siedząc, nie mogłabym pić Red Bulla. Nawet dżinu z tonikiem bym nie mogła, chyba ze wcześniej ktoś by go tam zostawił. Nie mogłabym nawet się myć między jednym a drugim przy stoliku siedzeniem. Ani na noc ciuchów zdejmować (żeby mi ich nie zwinął ten facet z Memphis, któremu zabiłam brata). No i rzecz jasna musiałabym być ciągle w drodze do New Orleans (po tym, jak zabiłam faceta z Memphis).
Za dużo zachodu.

Zadowolę się więc kawiarnią z dobrym espresso.
Jeśli ktoś taką zna, proszę o cynk.
Przeprowadzę się do miasta, w którym ją znajdę.
Prześlij komentarz

Obserwatorzy

UA-4213500-1