niedziela, 23 listopada 2008

Alicja Morfinistka



Czasmi się człowiekowi uda. Rzadko, ale się zdarza. Mi się udało wczoraj. Nic nie zrobiłam, a jest zrobione. Na początek zatem podziękowania dla tych, którzy zrobili za mnie. Eve Amoufhaz, nasz drogi elf, napstrykała ślicznych fotek. Euzebiusz Applemoor był natomiast na tyle miły, żeby udawać, że uwierzył w swój obowiązek pisania na mój blog recenzji ze SL-owych premier teatralnych. Skarb, nie bard. 

22.11. o 22:11 (przynajmniej teoretycznie, ale wiadomo, jak to w SL jest) Teatr Morfina powrócił do świata żywych nieudaną próbą samobójczą Alicji Lewisa Carrolla. Byłam, zobaczyłam. Głos jednak oddaję najwybitniejszemu krytykowi second sztuki:

Spektakl zaszokował wyjatkowo rozbudowaną scenegrafią i muzyką - chwilami odnosiło się wrażenie, że fabuła jest ledwie tłem do opowieści. 

Przedstawienie zostało wyjątkowo ciepło przyjęte przez widzów, którzy nagrodzili aktorów gromkimi brawami. Królowa miala jednak znudzona twarz - być może dlatego, że scenografia się jej nie załadowała poprawnie. 

Stopniowanie emocji przebiegało zgodnie z prawidłami sztuki - nawet królowa w kulminacyjnym momencie (tym, w którym miało dojść do ściecia królowej) przerażonymi dłońmi chwyciła za swego towarzysza. Można zatem uznać spektakl za udany.

Euzebiusz Applemoor



Z mojej strony wielkie gratulacje dla Fluraliny Meili i Aligatorka Furse za wspomnianą już scenografię i olbrzymie brawa dla Uśmiechniętego Kota Beaty Xue.

P.s. Jeśli wybierzecie się na spektakl, a podobno ma być grany co piątek, nie zapomnijcie zabrać upominka - Jantarka rozdaje króliki.
Prześlij komentarz

Obserwatorzy

UA-4213500-1