czwartek, 20 listopada 2008

"Lively no more" - Google zaprasza na ostatnie pożegnanie



After careful consideration, we have decided to shut down Lively.
To była pierwsza wiadomość dzisiejszego dnia. Przyznaję, że oszczędziła mojemu organizmowi porannej porcji kofeiny. Jestem zupełnie oszołomiona. Co jak co, ale przecież Google się nigdy nie myli!!! (/me zawodzi rozpaczliwie i wyrywawa sobie włosy z głowy porażona walącymi się podstawami świata).
Z dużo większym zapałem niż przed kilkoma tygodniami, kiedy dowiedziałam się o pierwszym w historii ogólnoświatowym kryzysie ekonomicznym, zadałam sobie to świadczące o niepewności jutra pytanie - co z nami będzie? Co to znaczy dla nas szaraczków?

Lively zostało powołane do życia w czerwcu, jeszcze na fali biznesowej gorączki 3D. Wirtualna rzeczywistość miała stać się ziemią obiecaną dla wielkich firm z wielkimi pieniędzmi. Wszystko to trochę wyglądało jak wyścig zbrojeń. Co zrobi Linden Lab, za kim opowie się IBM, czy jakiś ruch wykona Sun. Pamiętam newsa o Microsofcie testującym Second Life w przeglądarce internetowej. Ech, pięknie miało być. Sami pomyślcie, SL wolny od klienta, którego trzeba ściągnąć i zainstalować, byłby nie do pobicia.
Tak czy owak, co drugi RL-owiec zadawał tylko jedno pytanie - "Google już tam jest? Bo jak nie, to nie ma czym sobie głowy zawracać". 

Co tu dużo mówić, kilkanaście godzin po podłączeniu Lively, już tam byłam. Nie zostałam, ale założyłam konto i zbudowałam sobie pokój, bo słowo, byłam przekonana, że to tylko kwestia czasu, a wszyscy tam wylądujemy. 
I jak teraz patrzę na wykresy w Google Trends, to coś mi mówi, że nie byłam osamotniona.

Dlaczego ludzie nie polubili Lively? Mogę tylko zgadywać. 
1. Zacytuję Ayumi: "ech, te duże główki...". Wiem, że sporo wirtualnych światów radzi sobie dobrze w takiej konwencji, ale czy tendencja nie jest odwrotna? Postacie rodem z kreskówki to chyba dość pokrętna droga do przyciągnięcia poważnych ludzi biznesu.
2. Zawieszone w próżni pokoiki. Jak na mój gust to zaprzeczenie idei sieci. Jeśli bym chciała mieć coś tylko dla siebie i w odłączeniu od resztu użytkowników, to bym to sobie zrobiła w zaciszu prywatnego serwera.
3. Ograniczenie dostępu. Pełna wyrozumiałości zaakceptowałam wersję alfa dla Windowsa i z pokorą ustadowiłam się w poczekalni. Niestety, niebawem koniec zabawy, a ja już nie odwiedzę mojego domostwa na włościach Google. Zwyczajnie Windowsa nie mam. Lively powstało najwyrazniej tylko z myślą o ziomach Billa, reszta musiała poszukać innego placu zabaw.
4. Google nie zaproponowało pełnego produktu. Portal społecznościowy, ale dla nikogo konkretnego, dla wszystkich. Biznesmen raczej nie przyjdzie, bo śmiesznie będzie wyglądał. Zwykły user też niewiele miał tam do roboty (przynajmniej w czerwcu). Przebierać się nie można, bo inventory ograniczone, budować też nie za bardzo. Seks? Tylko dla wybranych - przecież te 'ludziki' wyglądają jak dzieci. Zostaje rozmowa. Albo raczej pogawędka. Jakoś mi się nie wydaje, żeby to miało powalić ludzi i uczynić z Lively hit sezonu. Piękne to poniekąd, bo znaczy, że Google oddało w ręce użytkowników ukształtowanie ostatecznej formy produktu, ale takie podejście wymaga chyba czasu i cierpliwości, czyż nie?
5. Irracjonalne wyobrażenie o świecie. "[...] we launched Lively in Google Labs because we wanted users to be able to interact with their friends and express themselves online in new ways". Zupełnie nie łapie tej części o "new ways". Co do licha było w Lively nowego? 

Na koniec pytanie - czy porzucenie projektu przez Google znaczy tylko, że Lively nie wypaliło, czy że w ogóle światy 3D jako portale społecznościowe nie mają przyszłości?

Na drugi koniec dodam w tajemnicy - Google nie zamyka Lively. Ta wiadomość (Official Google Blog: Lively no more) to tylko chwyt marketingowy :) 


Prześlij komentarz

Obserwatorzy

UA-4213500-1