sobota, 29 listopada 2008

Post zastępczy

Nota edytorska: Ten post miał być na zupełnie inny temat. Ostatnie jednak wydarzenia skłoniły mnie do zmiany zdania. Tekst poczeka na spokojniejsze czasy. Poniższa historia nie jest świeża. Publikować jej nie chciałam z innych z kolei powodów :) Ale trudno.
Euzeb domagał się nowego posta, więc dostanie. Korzystam z tego, że wyjechał na weekend i protestować nie może. Miłej lektury życzę.


Dawno, dawno temu za SIMami i oceanami stał rynek, a na tym rynku młodzieniec. Niezwykły był to chłopak, bo przy narodzinach tchnęli mu w serce bogowie wrażliwość i czułość tą sentymentalną, dzieki której za każdym razem, gdy otworzył usta, płynął z nich wersowany i rymowany miód. Piękny młodzieniec mówił, a z każdym kolejnym słowem okolica coraz bardziej zatapiała się w jego słodyczy. Gęsta maź pokryła już całą płytę rynku, sklejała swą lepkością pantofelki i sukienki przechodzących panien, wdzierała się ostrą wonią w nozdrza nieszczęśników, którzy nieświadomi niebezpieczeństwa weszli w chat range. Lecz on nie przestawał. Nie mógł. 

Niewielu o tym wiedziało, ale serce młodego barda poza poetyckim talentem skrywało coś jeszcze - tajemnicę. Bogowie, wpinając złotą harfę  w niemowlęcą duszę, zranili delikatnie nowo narodzone serce. Draśnięcie to, z pozoru nieznaczące, nie zagoiło się jednak, jak przewidywano, ale pogłębiało z wiekiem, czyniąc Bogu ducha winnego chłopaka niezwykle kochliwym. Nim osiągnął pełnoletność, wada jego serca zupełnie przejąła nad nim władzę. Bard nie był panem swego życia, bard był sługą swego przekleństwa.

Nie mogąc znieść swojego losu, udał się do pradawnej wyroczni na najstarszym, zapomnianym przez rezydentów SIMie. Nie ma go w search, nie da się tam zrobić LM, szedł więc piechotą. Godzinami przedzierał się niestrudzenie przez zalagowany, zawalony niesprzątanymi stertami primów, nierestartowany od lat SIM. Walczył dzielnie z armiami wojowniczych botów, sprawnie wymijał pułapki, zwinnie lądował po kolejnych kickach. Był zdeterminowany, nic nie mogło go powstrzymać. Docenić musiała wyrocznia poświęcenie młodzieńca, bo przemówiła: "Wolny będziesz, gdy talentem swym szczerze obdarzysz tą, którą zobaczyłeś, a której nie pokochałeś" [jesteśny poza SL, więc mogę ujawnić treść IMa].


Bard wrócił na rynek i śpiewał dalej. Pełen nadziei wyczekiewał swej wybawicielki. Cóż jednak z tego, skoro składał tkliwe rymy zakochanego za każdym razem, gdy w zasięgu jego wzroku pojawiła się piękna kobieta. A że w Republice są tylko piękne, trącał struny swojej harfy zawsze, gdy pojawiła się kobieta. Z tygodnia na tydzień pogrążał się w coraz większej rozpaczy. Śpiewał za dnia, płakał nocami, wtulając się w zaciszne ramiona mroku. Ciemność była jego największym sojusznikiem. Gdy bowiem zalewała Republikę, nieszczęśnik nie widział już nikogo i niczego. Jego serce mogło odpocząć. Siadał samotnie na fontannie i nie śpiewał już dla tych, które kochał, śpiewał dla tej, której nigdy nie widział.


Zdarzyło się jednak pewnego dnia (gdy większość była afk, bo była to niedziela, pora obiadowa), że obok ćwiczącego nowe melodie barda cicho przycupnęła biała króliczka. Nie mówiła wiele, tylko z uwagą przyglądała się przeskakującym po strunach palcom młodzieńca. Tak jednak rozczuliła grajka ta siedząca obok niego pluszowa kulka, że zanim się spostrzegł, nie myślał już o swoim nieszczęściu, nie wzdychał do pań swego serca, ale trzymał króliczkę na kolanach i opowiadał jej bajkę. 

A szła ona tak:



Euzebiusz Applemoor: Republika kryje niejedną tajemnicę - zaczął i zawiesił głos, przyglądając się badawczo królikowi - wiesz, że w kamienicy naprzeciwko podobno straszy? Podobno to duch szlachcianki nieszczęśliwie zakochanej. Błąka się nocami i zawodzi.

Kika Eel: serio?

Kika Eel otwiera szeroko oczy.

Euzebiusz Applemoor: serio - była zakochana w pewnym muzyku, co miał piórko w czapce lecz przymuszono ją do małżeństwa z innym.

Kika Eel: i co sie stalo?? i co?? 

Euzebiusz Applemoor: Muzyk odszedł daleko i poznał inną, a jej serce pękło i skoczyła z okna. Muzyk do konca swych dni miał ją jednak w sercu i raz do roku przychodził pod puste okno i patrzył smętnie. A gdy umarł z tesknoty, jego duch przychodził pod okno w każda bezksiężycową noc.

Kika Eel: nigdy nie widzialam jej ducha... - wymamrotał zawiedziony królik.

Euzebiusz Applemoor: bo podobno ci, co odrzucają muzykę, poezję i sztukę, nie widują zjaw. Widzą ich tylko ci, co naprawdę kochali...

Bard podrapał króliczka za uchem i roześmiał się szczerząc śnieżnobiałe zęby.


Euzebiusz Applemoor: chcesz posłuchać o innych sekretach Republiki? 

Kika Eel przytakuje przejęta.

Euzebiusz Applemoor: Widzisz tę fontannę? Nikt o tym nie wie, ale gdy królowa była mała, to tam w południe weszła i nasikała.

Kika Eel: i teraz woda ma magiczną moc?

Euzebiusz Applemoor: Tak, nabrała mocy. Jest w niej 45% alkoholu. Ale była wtedy mała, więc można przymknąć oko.


Euzebiusz Applemoor: A wiesz, że z tym drzewem też wiąże się legenda?

Kika Eel: Nie wiem, opowiedz!

Kika Eel podskakuje podekscytowana.

Euzebiusz Applemoor: Podobno drzewo to - wskazał wzrokiem na gałęzie nad nimi - ma magiczną moc. Opowiadał raz dziadek babki królowej, że gdy ktoś zasiądzie pod owym drzewym i spojrzy na osobę siedzacą obok, zaczyna tworzyć najpiekniejszą poezję. I tak dziadek zasiadł raz pod drzewem i akurat babcia przechodziła. Na jej widok rymy same cisnęły mu się na usta. Lecz nie byle jakie to rymy! Przesycone uczuciem niczym gąbka wodą. Babcia zakochała się od razu i zostali ze sobą po kres swych dni.


Bard uśmiechnął się radośnie i przytulił króliczkę. Poczuł bowiem, jak zadrapanie w jego sercu goi się błyskawicznie. Był wolny.

Od tamtej pory bajeruje panny na rynku już tylko dla funu.


The End

Prześlij komentarz

Formularz kontaktowy

Nazwa

E-mail *

Wiadomość *