czwartek, 28 maja 2009

(Muzyczny) kryzys Second Life

"Hi! do you know any places where I can perform and get paid?" - dostałam wczoraj. Ależ...


Niki nigdy nie śpiewała dobrze, ale i tak nie pojawiała się za mniej niż 4k L$ na godzinę. Dobrego muzyka jeszcze rok temu trzeba było zamawiać z minimum miesięcznym wyprzedzeniem. Żeby zszedł z wynagrodzenia poniżej 10k, musiał dostać kontrakt na regular gigs przynajmniej dwa razy w miesiącu. No chyba, że był z dramatycznie innej strefy czasowej, to nie przeszło inaczej, niż za 30k, jak nic. I co się stało?


Przyznam, że nigdy wcześniej aż tak nie uderzyła mnie prawda o kryzysie Second Life. Co tam, że wielkie firmy się zwinęły, że olbrzymie fuzje i głośne marki, które jeszcze w styczniu zeszłego roku dawały nadzieję na przełom cywilizacyjny porównywalny z gutenbergowska ruchomą czcionką, teraz już o swoich planach nawet nie pamiętają. Co tam, że VR nie trafiła pod strzechy. Że kolorowa 3D bańka pękła i śladu po niej nie ma. Że kompromisy, że spadające ambicje, że skoro nie biznes, to może chociaż e-learning, że cyfrowa utopia z hukiem roztrzaskała się o twardy real.

ZaMatrixowywanie świata wstrzymane w pół wirtualnego kroku.

Nadmuchany marketingowo virtual universe z powrotem skurczył się do rozmiarów zaściankowej wioski. Nadal wstyd się do niej przyznać.


Ale co nas to wszystko...? Przecież nas to nie dotyczy, konsekwencje nie aż tak odczuwalne.

Każdy i tak spokojnie robi swoje, nie tak?

Tak mi się wydawało przynajmniej. A tu nagle "open mics only... venues owners don't have any money. I just can't find the places to perform paid, can't spend my time for tips only..."


Prawdziwy kryzys dosięgnął szarą awatarzą masę, czy to tylko wygodna wymówka? Obumieramy jak ślepa uliczka ewolucji (ha! piękne, nie?), czy jedynie stabilizujemy się, odbijając od sztucznie napompowanego boomu?

Tia... i inne głupie pytania.


Biednej bezrobotnej Niki nie zaproponowałam wprawdzie trasy koncertowej, ale odesłałam do Crap Marinera, który swojego czasu podjął się zaradzaniu jej i jej podobnych problemom. Właściwie to teoretycznie powinnam była napisać (uh, uwielbiam czas zaprzeszły) o tym znacznie wcześniej, ale jakoś mnie demobilizuje czekanie na polskiego iTunesa i się odwlekło.

Niemniej, dla porządku informuję - Tunes inSL Gallery Project promuje naszych drogich pikselowych muzyków. Skoro im nie płacą za granie, niech chociaż w inny sposób umożliwiają zarabianie - rzekł stanowczo pomysłodawca i zbudował trzy galerie-sklepy muzyczne. Dwie in-world (Clocktower na Edloe Island z linkami do iTunes Store i Selby z linkami do Amazon -> SLURL) oraz jedną pozaSLową - http://riaa.isfullofcrap.com/.

Nawet jeśli nie zamierzacie niczego kupować, warto zajrzeć (nie tylko dlatego, że raz w tygodniu Crap rozdaje darmowe kupony upominkowe do iTunesa!). Niepełny, ale ciekawy katalog. No ok, może nie aż taki ciekawy, ale zawsze jest szansa, że coś Wam się spodoba i wybierzecie się na koncert in-world. Ja polecam przede wszystkim Enniv Zarf. Jaycatt Nico też jest klawy, ale tylko w duecie z Frogg Marlowe, a coś widzę, że płyty nagrywają osobno. Kourosh Eusebio jest nieszkodliwy i miły dla ucha, bo przynajmniej nie ma takich wielu w SL, zawsze jakaś tam odmiana. Cylindrian Rutabaga i JueL Resistance zazwyczaj zapełniają salę, ale osobiście obijam, mam alergię na przygitarowe smęcenie, zwłaszcza jak gitara jest akustyczna (brr...), a niestety tego u nas zatrzęsienie. Dlatego uparcie polowałam na cokolwiek innego (patrz -> mój faworyt Sinesteticjazz Rau, ale nie ręczę, że jeszcze się loguje do SL).


Dobra, wystarczy. I tak nie ma tam nikogo, kto by powalał. SL zasługuje na śmierć.

Prześlij komentarz

Obserwatorzy

UA-4213500-1