poniedziałek, 13 lipca 2009

A jednak da się zrobić Egipt na własną rękę!

Ha! Wyszło na to, że strach lekliwych i mnie przeraził. Jak zawsze niepotrzebnie. Egipt nie taki
straszny, jak go malują.
Wyczołgałam się ze statku w turystycznym porcie w Luksorze i zaledwie po 20 minutach i z pomocą tylko trzech przyjaciół udało mi się wynegocjować taksówkę do centrum w przyzwoitej cenie. Pan był miły bardzo. Zawiózł, odwiózł a w międzyczasie pomogł w znalezieniu kilku punktów strategicznych (czytaj, sklepu z podrabianą whisky) i próbował opchnąć gram haszyszu w cenie wywoławczej 12 PLN (az strach pomyslec po ile to tu naprawde chodzi).
Ostatni klimatyzowany głęboki wdech i zanurkowaliśmy w sam środek głebin egipskiego targu.
Akurat tak się złożyło, że nasza czwórka była jedynymi Europejczykami w zasięgu wzroku, dzięki czemu mięliśmy przyjemność zaliczyć intensywny kurs lokalnej gościności. Dowiedzieliśmy się przeróźnych ciekawostek, o których nie było na Wiki. Na przykład tego, że jak kobieta jest stosunkowo szczelnie zakudana, wołają za nią “blue eyes, blue eyes..." jeśli ma krótką spodniczkę - “bara bara”. Albo tego, że Egipcjanie są prawdziwymi ludźmi renesansu - pan ze sklepu z pocztówkami bardzo ochoczo zabrał się za zabieg pielęgnacyjny dla tej części mojej skóry, która pokryta jest obrazkiem, jednocześnie profesjonalnie przedstawiając mojej towarzyszce podróży ofertę całkowitej depilacji buzi (ech, że też nie mogliście zobaczyć tego osłupienia z przerażeniem w jej oczętach). Najcenniejszą jednak dla nas informacją była ta o koligacjach rodzinnych autochtonów. I nie chodzi mi o to, że (rzecz jasna) każdy z nich ma kupę kuzynów i kumpli w Polsce i dlatego dostaniemy best price. Rzecz w tym natomiast, że ten kraj zdaje się być opleciony siecią powiązań i relacji sprawiającą, że nic nie jest niemożliwe.
Jakiś facet, który chciał nam sprzedać butelkę wody, nie miał najmniejszego problemu z tym, że zamiast wody zażyczyłam sobie wycieczki. Wystarczy wyrazić pragnienie (mam wraźenie, źe nawet niekoniecznie werbalnie), a natychmiast zostanie spełnione. Dwusekundowe zamieszanie usadziło nas w przecudownej kawiarni z zakazem wjazdu dla osób płci żeńskiej, w której mimo tłoku w mig znalazł się wolny stolik z pachnącą i przesłodzoną turecką kawą. Zawrzało, kilku mężczyzn przetasowało się nad naszymi głowami i voila! Biuro turystyczne jak znalazł. Nie chcę wycieczki z Luksoru tylko z oddalonego o prawie 200 km Asuanu? No problem! Przecież tam mieszka brat ciotczny, on mnie zawiezie... Telefon, cena, 'umowa' spisana na jakiejś wydartej karteczce. “Zaliczka...” “jeszcze czego!”, “No problem, sorry”.
Jeśli już się nie odezwę, znaczy, że Ali mnie zatłuk na pustyni. Jeśli przeżyję, dam Wan jego adres mailowy, bo rejs po Nilu też ma w ofercie, a ten gorąco polecam.


I powiedziałabym - zdecydowanie jedzcie do egiptu sami, ale nie wiem czy jestescie odporni na te poustawiane przy ulicach karabinki, ktore dla turystow nazywa się radarami drogowymi...

Chciałam pstrykną ładną fotkę,
ale ten osiołek tak zapychał, że uciekł mi z kadru
Prześlij komentarz

Obserwatorzy

UA-4213500-1