środa, 15 kwietnia 2009

Ktoś wie, jak się dostać do Rosji?

Zawsze niezwykle ekscytuję się na widok mapy. Z tego właśnie powodu unikam jak ognia prognoz pogody (i w ogóle raczej nie wystawiam się na pochopne i zbędne konfrontacje z geograficznym, administracyjnym czy innym drogowym wizerunkiem oblicza naszej planety).
Raz w roku robię jednak wyjątek. Odpowiedni stopień natężenia cieplnego i świetlnego promieniowania słonecznego wywołuje mi bowiem przedziwną reakcję w organizmie i któryś tam z impulsów elektrycznych w układzie nerwowym mojego mózgu sprawia, że zaczyna mnie nosić. Tracę do reszty zdolność koncentracji i zaczynam odczuwać głód, jakiego nie zaspokoi żadna próbowana już wcześniej potrawa.
Ale mniejsza o to. Rzecz w tym, że naszedł czas rozkładania mapy. To trochę jak z rzutem monetą. Zupełnie nie wiesz, gdzie wzrok padnie, która linia brzegowa albo które pasmo górskie przyciągnie uwagę tym razem. Frykaśna chwila.
Coś mi się tym razem podryfowało na północ. Kiepsko. Zimno będzie, znów się nie opalę. Ale nic nie poradzę, myśl padła i już (a taką piękną trasę po Morzu Śródziemnym sobie planowałam wcześniej, ech...). No nic, pogodziłam się z decyzją losu. Jak północ to północ, podejmę rękawicę... - Rejkiawik. Zza pleców doszedł mnie tylko przyduszony rechot. "Zgłupiałaś". Grrrr... jak ciężko żyć z człowiekiem, któremu ubzdurały się kompromisy! Ale niech będzie, trochę niżej.

Chwilę później miałam trasę idealną. Nie ukrywam, że kraje nadbałtyckie są dla mnie totalną zagadką. Nigdy tam nie byłam. Z Wilnem mam przynajmniej jeszcze jakieś skojarzenia (Adam, Adam, Adam i po tysiąckroć Adam!), ale Ryga i Talin..? Emmm... znam jednego klawego awatara z Estonii. To tyle. Czas najwyższy nadrobić braki.


Mój awatar z Talina powiedział, że przez kryzys ciężej o loty do niego. I faktycznie. Ale Helskinki mają się dobrze. Prom, a później trzy stolice Bałtów (tych technicznie ugrofińskich też). Ha!
Z Wilna do Gdańska, obowiązkowa ryba i kuszetka do domu. Pięknie...

I nagle, rysując tę czerwoną linię na mapce googlowej, uświadomiłam sobie, że przecież tam jest jeszcze coś. Zapomniany i ignorowany (nie tylko chyba) przeze mnie Kaliningrad. Toż to przecież Królewiec Kanta! Nie pojechać, będąc tak blisko, to grzech.
Ok, do Rosji trzeba mieć wizję, żaden problem przecież. Pewnie gdzieś się ją kupuje na granicy, jak na Ukrainę czy do Turcji. Nie ma o czym myśleć...
He, no prawie.
Zerknęłam na stronę Ambasady Federacji Rosyjskiej w Rzeczpospolitej. Wyszło na to, że tam nie da się tak po prostu pojechać. Trzeba mieć zaproszenie od obywatela, voucher turystyczny, albo grób na ichniejszym cmentarzu... Potem trzeba za jedno €30 kupić sobie ubezpieczenie, a za drugie rozpatrzenie wniosku wizowego i ze zdjęciem jeszcze pojechać do Krakowa, żeby złożyć. Matko Boska Ostrobramska... ja chciałam tylko na kilka godzin do Kaliningradu... tylko zrobić sobie fotę pod pomnikiem Immanuela...

Nie wie ktoś może, czy nie dałoby się jakoś prześlizgnąć...?
Prześlij komentarz

Obserwatorzy

UA-4213500-1